niedziela, 15 marca 2026

Kim pani jest?

 

Ściany były dziwnie nijakiego koloru, za oknami nic nie było, ogółem wszystko wokół otoczone było niczym, co było o tyle dziwne, że trudno w sumie powiedzieć, co to jest nic. Zdecydowanie jednak czuła, że tak by wyglądało. Podążyła za kolejką. Za czym stała kolejka, nie wiedziała, ale wydawało się, że innej drogi nie było, więc swoje należało odstać. Przed nią stało sporo ludzi, za nią też się zaraz zaczęto ustawiać. Nikt nic nie mówił, tylko patrzyli po sobie dziwnie, niepewni.

– Przepraszam, po co ta kolejka? – Ktoś w końcu zapytał.

Ludzie zaczęli się po sobie rozglądać, rozległy się szmery, wielkie oczy i rozdziawione usta. Patrzyła się na nich, licząc, że ktoś odpowie na cudze pytanie, ale nikt nie odpowiedział. Kolejka przynajmniej posuwała się szybko. Nie dosłyszała o czym była mowa, ale ludzie pochylali się lekko nad okienkiem lub stawali przed nim na palcach, lub zbliżali do niego usta, coś tam mamrotali i odchodzili w prawo lub w lewo. Samo okienko nie było nijak opisane, wyglądało jak okienko z urzędu, i w niektórych czekających wywoływało frustrację czy ogólne poirytowanie. Za okienkiem na krześle obrotowym siedziała kobieta w bliżej nieokreślonym wieku z fryzurą taką, jakiej byśmy się spodziewali po urzędniczce. Wyglądała na znudzoną, w palcach obracała długopis, którego końcówką stukała w klawiaturę.

W końcu nadeszła jej kolej i tak stanęła przed okienkiem. Odchrząknęła, aż kobieta zwróciła na nią spojrzenie spode brwi i znad okularów.

– Kim pani jest? – Zapytała w końcu.

– Yyyyyy – wyjęczała tylko a potem zaczął jej się trząść podbródek, a usta zaczęły otwierać mimo, że z całych sił chciała utrzymać usta zamknięte.

Urzędniczka westchnęła głośno, przewróciła oczami i ostentacyjnie wystukała coś na klawiaturze, bardzo hałaśliwie, co jakiś czas mierząc ją oceniającym i znudzonym wzrokiem. Marszczyła czoło tak bardzo, że na pewno będzie mieć zmarszczkę jeszcze przed końcem zmiany.

– Kolejna… - wymamrotała urzędniczka, po czym odchrząknęła i znudzonym głosem dodała – proszę iść w prawo za fioletową linią na podłodze aż dotrze pani do pokoju numer 35 i tam wejść, nie ma potrzeby pukania.

– Co jest w tym pokoju? – wydukała jeszcze, ale urzędniczka zaczęła już krzyczeć „następny”.

Obróciła się w prawo, z braku lepszych pomysłów, w końcu była nigdzie i po tej przestrzeni nie umiała się, bez instrukcji, poruszać; i po zidentyfikowaniu grubej, fioletowej linii, ruszyła  wzdłuż niej. Po kilkunastu krokach (nie liczyła, ale tak jej się zdawało, że tyle ich było) zorientowała się, że fioletowe linie są dwie, jedna ciemna, a druga jasna. Zatrzymała się na chwilę, skołowana. Minęło ją kilka osób pewnie idących po ciemnofioletowej linii, więc w ostateczności ruszyła za nimi. Wolała się nie zgubić ani nie zapędzić samej w nicość. Szła, pilnie wpatrzona w fioletową linię i własne stopy, obute w trampki Vans i różowe skarpetki, aż z impetem zatrzymała się na plecach osoby przed nią. Mężczyzna, łysy i w średnim wieku, rzucił jej rozgniewane spojrzenie.

Osoby rzuciły po sobie spojrzenia, aż w końcu kobieta w wieku matczynym pokręciła głową z dezaprobatą, obciągnęła niżej podomkę i zastukała w drzwi numer 35, przed którymi najwyraźniej wszyscy zatrzymali się na sobie niczym domino. Zza drzwi rozległo się stłumione „proszę”, więc matka otworzyła drzwi i wszyscy wlali się do środka. W środku stało pięć biurek, znad których wzrok uniosło pięciu urzędników.

– No niech mnie, zaraz szlag mnie trafi – zza jednego z biurek wstał mężczyzna w przepoconym garniturze. – Renatka was przysłała? – Oni tylko mrugali i patrzyli się po sobie, bo kto to wie? Renatka nie miała plakietki z imieniem. Mężczyzna zdecydowanym krokiem podszedł do telefonu z zakręconym kablem i tarczą i wykręcił numer. Wydawał się być zagniewany, bo za pierwszym razem się pomylił i telefon nie zadzwonił nigdzie – Renata! – Wrzasnął w końcu słuchawkę -  co ty znowu odwalasz?! Ile razy ci mówiłem, że masz rozróżniać linię purpurową od liliowej! Myślałem, że baba to się na kolorach zna – słuchał przez chwilę – zaraz jakiegoś geja zatrudnię na twoje miejsce. Gdzie mi do HR wysyłasz przybłędy…to jest – zerknął na nas zmieszany – petentów. Co mam z nimi zrobić? Dać im pracę? – Pokręcił głową, gdy Renata mówiła coś, lub krzyczała, po drugiej stronie. Z słuchawki wydobywał się jedynie bliżej nieokreślony szum. – Przyrzekam na wszystkie świętości tego świata, jeszcze raz powiesz „fioletowy”, to cię zwolnię bez odprawy i wpiszę naganę za błazenadę w robocie! Doprawdy! – Odłożył słuchawkę. – Proszę stąd wyjść i iść za liliową linią, absolutnie nie za purpurową.

Wszyscy odwrócili się i wyszli, pomrukując coś pod nosem.

– Przepraszam – ona nie wyszła.

– Co jeszcze? Pani nie wie co to za kolor liliowy?

– Przecież to jest pokój 35. Tak jak miało być.

– Tutaj jest wiele pokoi 35. – Zapewnił mężczyzna – proszę sobie tym nie zaprzątać głowy, tylko iść za liliową linią.

– Co to za miejsce?

– Urząd, nie widzi pani? Proszę wyjść – kiedy wychodziła z pokoju numer 35 rozległo się jeszcze – Oleńko, pokaż mi akta Renaty…grabi sobie…

Szła niepewnie po liliowej linii, niepewna co to za urząd – tych w końcu jest wiele – ani co niby miała w nim załatwić. Jednak, nie było w zasięgu jej wzroku żadnego wyjścia, a nawet gdyby było, nie wiedziałaby, gdzie ma się udać. Dreszcz przeszedł jej po plecach gdy uświadomiła sobie, że nadal nie zna odpowiedzi na pytanie, kim jest, więc tylko dreptała przed siebie, niepewna. Zgubiła już grupkę, na którą wcześniej wpadła, ewidentnie im się spieszyło. Usłyszała przed sobą dziwny dźwięk i zobaczyła, że to łysy mężczyzna, który przedtem próbował ją skarcić wzrokiem, wyszedł z pokoju numer 35 i poszedł wzdłuż innej kolorowej linii.

W kilku susach dopadła do drzwi i zapukała, po czym weszła. Przy drzwiach czekała na nią staruszka. Była tak niska, że musiała zgiąć się w pół, by dostrzec pomarszczoną twarz babuleńki, która rozpromieniła się ciepłym uśmiechem, zupełnie niepodobnym do tych prezentowanych przez osoby z jej profesji.

– Witam, rozumiem, że nie wie pani, kim pani jest? – zapytała.

Ona rozdziawiła tylko usta i wciągnęła powietrze, bo już sama nie wiedziała, co ma na to odpowiedzieć i nadal czuła się zaskoczona swoją sytuacją, jakakolwiek sytuacja to była, bo tego też nie wiedziała.

– Ach, proszę się nie martwić – uśmiechnęła się jeszcze szerzej, jakby policzki ktoś jej naciągał od tyłu – proszę wejść za tę kurtynę i poprzeglądać się w lustrach. Może coś się pani przypomni.

Staruszka lekko popchnęła ją w stronę zasłony, więc weszła za nią. Cały pokój był lustrami. Było tam każde lustro, jakie człowiek może sobie wyobrazić, w każdym kształcie, z każdej epoki, nad lustrami i pod nimi różne oświetlenie, nawet na podłodze były lustra i były też lustra zniekształcające, a przynajmniej tak sądziła z ich wywieszonego obok opisu, bo…żadnych odbić nie było. Zaczęła się obracać jak szalona i macać po brzuchu i klepać po rękach i udach i tupać stopami. Patrząc w dół, widziała się na pewno. Ręce w rękawach czarnej bluzy, dramatycznie rozedrgana klatka piersiowa, nogi w dżinsach, różowych skarpetkach i butach Vans, na głowie ma włosy, jak sugerują chwytające się za nią palce, ale raczej krótkie, bo nie jest w stanie przeciągnąć kosmyka tak, by go zobaczyć choćby kątem oka.

Wybiegła stamtąd przerażona, ale staruszka chwyciła ją mocno za ramiona. Cała się trzęsła.

– Biedactwo! – Skwitowała staruszka – pocieszyłabym cię, ale mam teraz przerwę obiadową. No cóż. Przykro mi. Podążaj za czerwoną linią, aż do pokoju 117B.

Wyszła stamtąd, zszokowana i roztrzęsiona, i ruszyła za czerwoną linią. Szła, oddychając tak, jakby ktoś ściskał ją jak puszkę po napoju, a w oczach jej się dwoiło i troiło, i nie wiedziała, czy to przez roztrzęsienie, czy przez łzy.

Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani jest? K im pa ni j est?

Nabrała kilka głębokich wdechów. Zatrzymała się i przyjrzała liniom. Obok jej linii biegła druga, równolegle, przynajmniej tak daleko, jak oczy widziały. Obie były czerwone. Przetarła powieki. Teraz obie wydawały jej się zielone. Mrugnęła i obie były czerwone. A potem zielone. I tak w kółko. Stała w miejscu, bojąc się ruszyć, jakby jej ktoś przykleił w miejscu stopy. Rozejrzała się rozpaczliwie, ale nikogo nie widziała w zasięgu wzroku, tylko rozmyte, obłe korytarze bez drzwi i bez oznaczeń i ogólny brak koloru czy jakichkolwiek cech szczególnych. I niemożność zboczenia ze ścieżki wyznaczanej przez linie, problem tylko, że teraz sama już nie wiedziała, która to jej linia. Czy obie były czerwone? Czy jedna była czerwona, a druga zielona? A może obie były zielone? I dlaczego ona tego nie wiedziała? A skoro tego nie wiedziała, to jak miała podążać za czerwoną linią?

– Cześć! Chcesz pograć ze mną w klasy?

Przed nią stała mała dziewczynka, miała dżinsowe spodenki, białą koszulkę i kokardę we włosach, jakby ktoś ją ubierał na inną okazję, ale w połowie zmienił zdanie.

– Co ty tu robisz?

– Bawię się. Gram w klasy. Byłoby fajniej, gdybym miała z kim grać. – wskazała za siebie, i faktycznie, obok linii rozrysowane były pola do gry w klasy.

 Wiesz, która linia jest czerwona?

– Oczywiście, że wiem – dziewczynka roześmiała się, jakby to pytanie było najzabawniejsze na świecie – nie mam pięciu lat.

– No tak, wiadomo – starała się uspokoić oddech. – A ile masz lat?

Dziewczynka wyciągnęła przed siebie obie rączki i starannie, palec po palcu, rozprostowała ich sześć.

– I jesteś tu sama? – Rozejrzała się po korytarzu.

– Haha, nie – dziewczynka schowała odliczone palce i położyła piąstki na biodrach – przecież chodzą tędy inni ludzie.

Miała wrażenie, że zdecydowanie rozdziawiła znowu usta, więc zamknęła je i głośno przełknęła ślinę.

– Hmmm – mruknęła, myśląc intensywnie – chcesz się ze mną przejść po czerwonej linii do pokoju 117B?

– Może później, jeśli zagrasz ze mną w klasy – skwitowała i wróciła do zabawy, z wprawą przeskakując z kwadratu na kwadrat.

Wpatrywała się w buty dziewczynki, białe, eleganckie, takie jakie ubrano by jej do pierwszej komunii. Na pewno niewygodnie się w nich skakało.

– Okej, niech będzie – uznała.

Skakały, raz jedna, raz druga. Dziewczynka zdecydowanie wygrywała. Podeszwy jej eleganckich bucików odbijały się echem w korytarzu, zupełnie inaczej, niż gdyby miała na sobie obuwie sportowe. Mimo to pokonywała ją, w trampkach Vans.

Grały zawzięcie i niemal bez słowa, jedna za drugą, na zmianę. Poczuła, że się poci, a dziewczynce przekrzywiła się poluzowana od skakania kokarda.

– Helenko, no naprawdę! – rozległ się krzyk ulgi i poirytowania na raz. W ich stronę szybkim krokiem zmierzał mężczyzna z pokoju 35, ten który wcześniej nakrzyczał na Renatę. – Ile razy mam ci mówić, że masz się nie oddalać, gdy tatuś ma przerwę obiadową? Wiesz jak łatwo jest się tu zgubić na zawsze? Nie znajdę cię potem, i co? – Zerknął na nią, chwytając rękę Helenki. Dziewczynka uśmiechała się złośliwie patrząc to na nią, to na mężczyznę – proszę wybaczyć. Żona mnie zostawiła. To mnie zdecydowanie przerasta. Boże, szef mnie zwolni, jak Helenka jeszcze raz będzie biegać samopas i straszyć petentów. Mam nadzieję, że pani nie zamęczyła.

– Nie, ale nie wiem, która to czerwona linia. A mam iść po czerwonej linii. Do pokoju 117B. – Odpowiedziała zgodnie z prawdą.

– Och, to… - spojrzał na nią z zaciekawieniem i troską. – Odprowadzimy panią do pokoju 117B, tyle mogę zrobić. Proszę za mną.

Mężczyzna ruszył szybkim krokiem, kurczowo ściskając rękę Helenki, która nadal podskakiwała, tym razem co drugi krok. Chichotała pod nosem. Szła za nimi, szybko, nic nie mówiąc. Uczepiła się ich tak, jak wcześniej tamtej grupki, bo sama, najwyraźniej, nie była w stanie nigdzie trafić.

W końcu doszli do pokoju 117B, mężczyzna otworzył drzwi i skinął jej głową, by weszła.

– Przyprowadzam wam zgubę. Zajmijcie się nią dobrze – powiedział.

– Błagam cię, Bogdan, powiedz mi że ten potwór znowu nie pomalował kredą korytarza – wyjęczał jakiś głos ze środka.

– Wypraszam sobie, Helenka to nie potwór. Trzeba było się z nią nie bawić mając uszkodzone kolano. Ona jest…energiczna…

– Aha, jasne, a kto mi zwróci pieniądze za rehabilitację…

– Tatusiu, pójdziemy na lody… - mruknęła Helenka, gdy mężczyzna wyciągnął córkę na korytarz i zatrzasnął drzwi.

– Biedne to dziecko, bez matki. Ojciec jej nawet ubrać normalnie nie umie. Ani zatrudnić niańki, najwyraźniej. Niech pani siada – powiedział głos zza biurka.

Usiadła niepewnie, próbując zajrzeć za komputer, ale nic nie widziała.

– Czy ktoś pani wyjaśnił, dlaczego tu jest? – Zapytał głos.

– Nie.

– Jak zawsze, jak samo nie zrobię to nikt nie zrobi, przysięgam, nie płacą mi wystarczająco. – Rozległo się głośne westchnięcie – jest tu pani, bo nie wie pani, kim jest. Możliwe, że pani zaginęła. Albo że ktoś pani szuka. Albo że nikt pani nie szuka. Różnie to bywa, wie pani. Zależy.

– Od czego zależy?

– Aha, dobre pytanie. Czasami ktoś nie pamięta kim jest bo wziął na rejvie pigułę od nieznajomego, albo wypił za dużo przez ostatnie wiele lat i zasnął w rowie, albo czasem po komplikacjach po znieczuleniu, po operacji. Czasami ktoś ma chorobę psychiczną, nagłą lub nie, czasami ktoś ma traumę i jakąś amnezję wsteczną, a jak kto stary, to może ma demencję, albo coś takiego. Nie jestem lekarzem. Ale pani jest młoda. Dziwne.

– Dziwne?

– Dziwne, bo w systemie widzę, że nie pamięta pani, kim jest i nawet w lustrze pani nie ma, czyli nie pamięta pani, jak wygląda. Rzadko się to zdarza. Może ktoś panią porwał albo zgarnął na handel ludźmi…może niefortunny wypadek samochodowy i gdzieś pani walnęła łepetyną i teraz błądzi tu i tam i nie wie kim jest…nie wie pani, jak zakładam, czy ma pani historię schizofrenii w rodzinie? – Pokręciła głową – wielka szkoda, z tego co widzę, jest pani w idealnym wieku na schizofrenię…

Rozejrzała się, ale nie widziała głosu zza ekranu komputera i nie była pewna, jak właściciel głosu widzi ją.

– W porządku, musimy ustalić, co już o pani wiemy. Jakieś myśli się pojawiły, gdy szła tu pani do mnie, albo wcześniej?

– Chyba się zgubiłam – zauważyła.

– Doprawdy? Co też pani nie powie! Nikt, kto wie, gdzie jest, nie znajduje się tutaj. – Rozległo się stukanie w klawiaturę. – Poznała pani Helenkę. Współczuję. Wpiszę w system, że ma pani tragiczną orientację w terenie. Wątpię, by ujęto to w aktach, o ile ktoś pani w ogóle szuka i zgłosił, że pani nie ma, ale nie zaszkodzi wpisać. Wątpię również, że od tego jednego faktu sobie pani przypomni, kim jest, ale lepiej go zapiszmy, bo jeszcze pani i to zapomni i dopiero będzie klops.

– Nie, to znaczy – próbowała zebrać słowa – być może byłam tylko zdezorientowana, ale nie wiedziałam, która linia jest czerwona. Wydawało mi się, że obie, albo żadna, albo że się zmieniają…bo tam są dwie linie na podłodze.

Stukanie w klawiaturę ustało, zza ekranu wychynęło jedno oko, które otaksowało ją po raz pierwszy z bezbrzeżną i nieskrywaną ciekawością.

– O. To może być coś. Baśka, przynieś mi tu rekwizyty.

Dopiero teraz zorientowała się, że w głębi pokoju stało drugie biurko, z którego teraz wystrzeliła kobieta z długimi włosami i na szpilkach. Z niezwykłym zapałem dotaszczyła na biurko, przy którym siedziała ona i jej rozmówca, przezroczyste pudło pełne małych kostek do gry.

– Wracaj do siebie, Baśka i przygotuj to, co zawsze – poinstruował ją właściciel oka. – W tym pudełku są kostki do gry. Zielone i czerwone. Zapewniam, że tak jest, widzę pani powątpiewanie na pani twarzy. Proszę dla mnie posortować te kostki, szybciutko. Kolorem.

Patrzyła się na pudełko kostek w szoku. Wydawało jej się, że były tych samych kolorów, ale czasem zmieniały kolory i w ogóle niczego nie była już pewna. Dla zasady i z obawy przed głosem zza komputera szybko wysypała kostki na biurko i zaczęła maniakalnie sortować je na dwie kupki. Była cała spanikowana, bo co jedną przydzieliła do kupki, tak jej się zaczynało wydawać, że powinna być na drugiej kupce. Spociła się jeszcze bardziej, niż przy grze w klasy z Helenką. Cała się zestresowała. Nie wiedziała, co to oznacza, jak już po tych wszystkich rewelacjach od głosu zza monitora wywnioskowała, nie pamięta z prawdziwego świata niemalże nic. No, chyba że ten dziwny urząd był częścią jakiegoś prawdziwego świata, ale tego też nie wiedziała i zaczynała się denerwować.

– Okej, na pewno jest pani daltonistką – skwitował głos zza ekranu, a jej łzy potoczyły się z oczu, choć nie wiedziała dlaczego, może po prostu była zmęczona i przestraszona. – Ale proszę nie płakać, to nie koniec świata. Z tym można żyć. Nie wiem jak, ale można. Wpisuje to w pani akta, w razie gdyby ktoś uznał to za istotne i w ogóle…nic więcej pani nie pamięta o sobie? – nagle zza biurka z zaskakującą prędkością wytoczyło się krzesło. Siedziała na nim osoba z kolanami pod brodą i bladą twarzą, choć o zaskakującej energii. Osoba zmierzyła ją uważnym wzrokiem od stóp do głów i wsunęła się z powrotem za biurko. – Opiszę w co pani jest ubrana. Czarna bluza z kapturem, niebieskie dżinsy typu „straight”, włosy obcięte na krótko, różowe skarpetki, buty Vans… -  jedno oko znów wynurzyło się obok ekranu – na oko ma pani pewnie dwadzieścia parę lat, ale kto to wie, w tych czasach… umie pani ruszać brwiami? – Poruszyła brwiami – ok, czyli botoksu nie ma, to może faktycznie jest pani po dwudziestce. Kolor oczu: nijaki, kolor włosów też. Kurde, nie ma tu takiego pola…jak myślisz, Baśka, co to za kolor oczu?

– Wpisałabym szaroniebieski – uznała Baśka.

– To taki wpiszę. Włosy, dajmy na to, szarobure…nie…bo pani nie jest stara…dajmy mysi blond. Ok. Proszę teraz do Baśki, ja już, na szczęście, zrobiłom co miałom i bardzo dobrze. Zmachałom się, tragedia.

Wstała niepewnie i ruszyła w stronę Baśki, zachłyśnięta bezpardonowością osoby za biurkiem. Zerknęła przez ramię. Osoba nadal siedziała z kolanami pod brodą, ale teraz głowa całkiem jej opadła, a ramiona unosiły się w miarowym rytmie.

– Proszę nie zwracać uwagi. O tej godzinie jest jego pora drzemki – wyjaśniła Baśka.

– Czy normalnie tak szybko się zasypia?

– Nie. Proszę, z łaski swojej, przykładać tu po kolei palce. Zrobimy odbitki linii papilarnych. W razie, gdyby były w systemie.

– W systemie?

– Co ja będę tłumaczyć, za wiele do tłumaczenia. Dostanie pani potem broszurkę, o ile zaraz się nie dowiemy, że już ktoś pani szuka. Na razie bardzo proszę mi zaufać.

Zaufała więc, i przykładała palce jeden po drugim to wskazanego miejsca, a pod nim przejeżdżał czerwony pionowy pasek. Nie bolało. Kiedy skończyła z prawą ręką i zaczęła z lewą obejrzała dokładnie każdy palec na prawej dłoni, ale nie zostały na nich żadne ślady.

– Proszę jeszcze tu – Baśka zdążyła się podnieść i przemieścić na szpilkach, zaskakująco szybko, jak jej się wydawało.

Stanęła na dziwnym pudle z wysięgnikiem. Baśka coś tam poklikała i poustawiała.

– Dobrze, dzięki temu mamy pani wagę i wzrost. Nie będę pani mówić, żeby pani nie przygnębiać.

Wróciła do swojego biurka, a ona poczłapała za nią z braku lepszych opcji i jakichkolwiek pomysłów. Baśka stukała butem o podłogę, podśpiewując coś pod nosem, ale ona nie znała tej melodii. Albo jej nie pamiętała.

– O, i już baza przeskanowana. Nie ma pani. To znaczy. Ani w policyjnych rejestrach, ani nikt nie zgłosił pani zaginięcia, no chyba, że ktoś panią bardzo nieakuratnie opisał. Ale to nie my, my, jak pani widzi, jesteśmy skuteczni, precyzyjni i skrupulatni. Proszę za mną. – Podprowadziła ją do innych, bocznych drzwi. – W tym korytarzu nie ma żadnych linii, ale proszę iść prosto aż pani dojdzie przechowal…poczekalni. No już, proszę iść i nie zadawać mi pytań, bo ja za kwadrans kończę pracę. Z Renatą jestem umówiona na piwo. Proszę iść. Do widzenia. 

Więc poszła, bo co miała zrobić. Korytarz był taki sam, jak cała reszta budynku, czyli zupełnie nijaki. Nie był jednak zbyt długi, bo dość szybko dotarła do jego końca. Na końcu faktycznie znajdowało się duże pomieszczenie z przeszklonymi drzwiami i przeszkloną ścianą, przy której kilka osób pilnie wyglądało na zielony krajobraz. Dziwnym było, że w ogóle coś istniało poza tym dziwnym budynkiem, ale postanowiła tego teraz nie roztrząsać, gdyż była bardzo zmęczona i skołowana. Zauważyła stoliki i krzesła, ladę, z której właśnie ktoś odebrał przyjemnie pachnące pojemniki, było też pełno mebli, choć gdy się rozglądała, trudno jej było je określić. Meble były kolorowe i akcesoria też były kolorowe, co również było dziwne, bo wszystko inne było tutaj bezbarwne. Zaczęła przyglądać się ludziom, rozmawiającym, robiącym różne rzeczy (kilka osób czytało, kilka jadło i piło, część robiła rzeczy, co do których nazw nie była pewna). Byli młodzi, starzy, było kilkoro dzieci i nastolatków. Większość jednak była bardzo stara.

– Dzień dobry! – Uśmiechnął się do niej mężczyzna w garniturze z muszką. Był chyba koło 30-tki, ale nie mogła być pewna. – Jesteś tu nowa?

– Tak. Co to za miejsce?

– To jest poczekalnia. Czekamy tu, aż ktoś nas będzie szukał lub ktoś sobie nas przypomni, lub do czasu, gdy sami sobie przypomnimy, kim jesteśmy.

– Kiedy ja sobie przypomnę? – Zapytała, całkiem rozsądnie.

– Koleżanko! Nikt nie ma odpowiedzi na to pytanie…ale na twoim miejscu bym się dobrze rozgościł. Mam tu konsolę, gry karciane i planszowe, książki, telewizję, kącik do tworzenia sztuki, zabawki, druty i szydełko, a za tamtymi drzwiami łazienkę i sypialnię. Jest tu bardzo miło. Można wygodnie żyć. – Uśmiechnął się do niej szeroko, ale w kącikach jego oczu czaił się smutek.

– Więc jak długo tu będę? – Dopytała, bo zdawało jej się, że odpowiedź na to pytanie nie padła.

– Zazwyczaj jestem optymistą, a ty zmuszasz mnie do pesymizmu i to mi się nie podoba. No cóż – odetchnął głęboko – powiem to metaforą, tak będzie mi łatwiej. Z reguły czas oczekiwania na wyjście stąd jest jak kolejki do specjalisty na NFZ, och, pamiętam to dobrze, oczywiście tu nie da się nic szacować ani nawet zapisać na zaś, z wyprzedzeniem, ale…uśredniając, ostrożnie szacowałbym, że może gdzieś do lat 50-tych…

– Przepraszam, który mamy rok?

Mężczyzna wskazał jej coś na ścianie. Podbiegła w tamto miejsce. Kalendarz. Rok 2026. To brzmiało jak koszmar. Kim ona jest?

 

sobota, 28 lutego 2026

Powracanie

 

“But I still miss you
When I'm with you
'Cause I know we're not
Playing for keeps”

-            Lucy Dacus, For keeps

 

Zawsze wstawała z łóżka tak, jakby przebudzała się z koszmaru. Po pierwszym dźwięku budzika wyskakiwała niemalże z pościeli, już cała spięta, nie pozwalająca sobie na sekundę zwłoki. Zazwyczaj ją tym budziła, wpuszczała do sypialni chłód prędko odrzucanej kołdry i niepokój napiętych do granic możliwości mięśni.

Przymykała oczy, ale patrzyła spod powiek, jak później boginię dopada zniechęcenie. Jak po energicznym powrocie z toalety i przyszykowaniu ubrań opada na łóżko i zwiesza głowę, nagle zupełnie pozbawiona mocy, jakby to poranne wystrzeliwanie z pościeli jak z procy już całkiem wykończyło jej zasób energii. Jej mięśnie nadal drgały lekko w całym swoim napięciu, ale jakby brakowało woli. Po kilku minutach wzdychała i sięgała po pierwszą część przyszykowanej garderoby. Wydawała się wtedy bardzo ludzka.

Ona wiedziała, w którym miejscu położyć dłoń, by się rozluźniła, jak ją dotknąć, by stwardniały stres rozpuścił się pod jej palcami, by westchnęła cicho, z zawstydzeniem i skrywaną błogością.

Od dawna już jednak tego nie robiła, dopadł ich zwyczajny stres i szare życie, praca w średnio pokrywających się godzinach, obiady z pudełek jedzone w milczeniu spowitym zmęczeniem, z Netflixem brzęczącym w tle. Żadna z nich nie miała siły, tylko brały prysznic i układały się na swoich miejscach pod kołdrą, by podczas poranków zupełnie się wyminąć a potem nie widzieć się aż do nocy, jedynie napisać, co na obiad i czy pies wyszedł na spacer.

Kiedyś było zupełnie inaczej, cliche, jakby każdy związek nie zmieniał się wraz z upływem lat. Dawniej ogrzewała jej ręce, gdy zapomniała rękawiczek, a ona obejmowała ją od tyłu i całowała w policzek. Przynosiły na randki drobne upominki, ale nie kwiaty, tylko ciasteczka, misie i czekoladki. Siedziały pod kocem oglądając filmy do późnych godzin nocnych, spały spocone i zmięte w swoich objęciach. Nic nie zapowiadało ochłodzenia.

A potem znalazły się w przestrzeni liminalnej, pół świadome, z tubkami i rurami, z pikaniem maszyn i jęczeniem kółek wózków pielęgniarek. Już nigdy nic nie było takie same. Wypluto je z powrotem do czasu i przestrzeni, a ich dynamika zdawała się inna. Chłodna i precyzyjna, bez czułości i radości, ze szczerością wymuszaną surowym uniesieniem brwi.

Bogini była hiper aktywna, napięta tak bardzo jak nigdy dotąd, wyczulona na każdy jej jęk i stękniecie. Wstawała rano i od razu zmarszczka formowała się na jej czole, wiecznie gotowa była pytać, czy wszystko w porządku, aż w końcu przestała, teraz tylko obserwowała ją bacznie i nieustannie, nawet kiedy ona na nią nie patrzyła, jej oczy zawsze ją znajdowały. Zamieniła się w matkę lub w sokoła, krążyła nad nią skupiona do granic możliwości, sucha, rzeczowa, nieznosząca sprzeciwu.

Potem obie wróciły do pracy i świat zdawał się istnieć po staremu, ale u nich nie było już tak samo. Nie pisały. Nie rozmawiały. Po pracy bogini przyglądała jej się badawczo szukając oznak dyskomfortu, jednocześnie zmęczona, szara, zmięta i pulsująca jak napięty mięsień, niedająca sobie czasu na odpoczynek. Bogini potrzebowała pomocy, ale boginie nie nawykły, by prosić o pomoc, one same rozwiązują sytuacje bez wyjścia i robią to z wdziękiem i gracją, nawet jeśli z bitwy wychodzą pokryte krwią i złamane w trzech miejscach. Ich głowy unoszą się ostatkiem sił w geście gracji i mocy i tak już musi pozostać.

A ona była jak ptaszek ze złamanym skrzydłem. Skrzydło się zrosło, ponownie nauczyła się latać, ale bogini wciąż zerkała z gniazda w dół gotowa zanurkować po nią w powietrze.

Jak tak dalej pójdzie, bogini na czole pozostanie permanentna zmarszczka, a one pozostaną w stagnacji, w dziwnym połowicznym stanie granicznym, niby w świecie, a jednak poza nim, próbujące wbiec w wir rzeczywistości, choć są wyrzutkami światoprzestrzeni. Wszyscy ci ludzie i wydarzenia za szklaną szybą czasu i one, utknięte, jakby jedną nogą nadal na szpitalnych korytarzach.

Ona pragnęła tylko jednego, chciała by bogini zobaczyła ją jak dawniej, by jej ramiona opadły lekko a zmarszczka na czole ustąpiła miejsca uśmiechowi,  by znowu mogła formować ją dłonią jak rozgrzaną glinę i aby mogły leżeć wtulone, jak dawniej, i słuchać swoich bijących serc nie licząc na następujące symultanicznie równe pikanie.

Kiedy wróciła wcześniej z pracy rozebrała się przed lustrem i zaczęła oglądać swoje ciało, ciekawa, czy faktycznie tak bardzo się zmieniło. Cienka blizna pomiędzy piersiami, okrągła na boku, pomiędzy żebrami, miliony małych otarć i siniaków, gruba blizna wokół biodra. Wodzi po nich palcami, tu biegł tlen, tu tuba, tam rurka, a tu kiedyś były szwy, ale już ich nie ma. Nie rozpada się. Jest tylko inna. Łzy powoli pociekły jej po twarzy, bo właśnie z pełną mocą zdała sobie sprawę, że straciła swoje dawne ja. Już nie była gibka i gładka, tylko pokiereszowana, choć zagojona, to nosiła na sobie znaki pozostawione przez przestrzeń liminalną, odciśnięte na jej ciele. Smarowała je na początku usilnie żelami, ale po jednej, a nie wszystkie naraz, łatwiej było nie widzieć ich w pełnej krasie, rozłożonych na jej ciele niczym punkty na mapie, a raczej tylko gdzieniegdzie, we fragmentach.  Teraz widzi, że żele niewiele zdziałały, na lewą nogę zawsze będzie utykać i na próżno szukać ciała kochanki w ciele obłożnie chorej, inwalidki. Włosy jej odrosły i opadają na twarzy, dawno nie przycinane, były odległym i mało istotnym problemem. Nerwowo łapie powietrze i natychmiast wypuszcza, oddycha bez zarzutu, ale co po oddechu osobie nieistniejącej?

Może musi przejrzeć te ulotki, które dali jej w szpitalu, te pocieszenia i przeprosiny za to, że wrzucają ją od nowa w podły świat, przystosowujące do nowego ciała i nowych zasad. Z depozytu oddali jej mózg, ale ciało najpierw pozmieniali i jest teraz nie do poznania. I mózg zmarkotniał, najpierw zadziwiony powrotem do świata istniejących, a potem głęboko zasmucony faktem ledwo - istnienia.

Stoi tak nadal przed lustrem, nie chce nawet drgnąć, nie ma siły. Klucz przekręca się w zamku. Wraca bogini. Natychmiast zastyga przy drzwiach, nadal otwartych.

– Czy wszystko w porządku?

Ona odwraca się i widzi, że cała już jest napięta i oddycha niespokojnie, wodząc po niej wzrokiem, gotowa do interwencji, wykrok, ręce wystawione. Coś lekko kłuje ją w biodrze, ale to ignoruje. Podchodzi do niej i stara się nie wyglądać źle, smutno, czy jakby czegoś jej brakowało, choć przecież jej brakuje.

– Możesz mnie przytulić? – bogini zerka na nią niepewnie. – Możesz widzieć mnie, tak jak dawniej? Nie wiem, czy jeszcze tam jestem.

– Jesteś – odpowiada bogini i jej głos po raz pierwszy od dawna opada do spokojnego szeptu, a jej ręce obejmują ją, ale nie tak, by przytrzymać ją do zmiany opatrunku, a tak, by poczuć ciepło jej skóry i bicie jej serca.

Powoli kładą się na kanapie, a drzwi na świat nadal są otwarte i rzeczywistość zdaje się przez nie wpełzać. Bogini upewnia się, że biodro jej nie boli w obecnej pozycji i sunie opuszkami palców po bliznach i scałowuje z nich ból, traumę i brzydotę, a jej włosy okraszają jej brzuch łaskotkami, delikatne brązowe kosmyki wpadają do jej pępka i gładzą jej uda. Jej ciało drży i bogini na chwilę wstrzymuje oddech i jej oczy przybierają ten wyraz strachu, ale to nie ból, tylko rozkosz powoli opanowuje jej ciało. Ona też unosi swoją sprawniejszą rękę i nawija na nią boskie włosy, wyciąga dłoń do jej szyi i zjeżdża w bok jej ciała.

Ich tułowia i kończyny scalają się w jedno, rozpływają się i zatapiają w sobie nawzajem, tulą się, aż powstaje z nich abstrakcyjny obraz o wielu barwach. Bogini nadal topnieje pod jej dotykiem, a z oczu lecą jej łzy, ale nie smutku, tylko jakieś inne, słodko-gorzkie i pełne tęsknoty.

Może nic nie jest jeszcze stracone, może półotwarte drzwi wpuściły je z powrotem w wir świata, do ich ciał, ich pamięci, historii.

czwartek, 5 lutego 2026

Poobijane kolana

 

Jadła zimne frytki na balkonie i zastanawiała się co poszło nie tak i w którym momencie.

Ziemniaki więdły w keczupie. Lubiła frytki, nawet te zimne, takie było jej pocieszenie. Drzwi od balkonu były zamknięte od wewnątrz. Luty. Czy tu nadejdzie jej koniec? Zapewne sama to sobie zgotowała. Przed oczami mrugnął jej poprzedni dzień i pięści zacisnęły się ze złości. Noc roztaczała się wokół. Gwiazd nie było, może przez smog, a może po prostu zniknęły z sobie tylko znanych powodów. A więc było tylko ciemno i zimno, a ona siedziała tak i słuchała odgłosów nocy, tu jakiś samochód, tak kłótnia, tam głośna muzyka.

*

D znowu jadła majonez prosto ze słoika, na kanapie, kolana poobijane, kto wie od czego, obie są dorosłe i jest środek zimy. Nic jej tak nie denerwowało, jak ten cholerny majonez, wyjadany łyżką wprost ze słoja, jakby co najmniej miały pieniądze, by kupować kilka słoików tygodniowo, bo co D nie dojadła, to zostawiła, słoik nie zamknięty. Kilka razy wylało się na kanapę. Nabrała powietrza by coś powiedzieć, by coś wykrzyczeć w frustracji, ale zabrakło jej już sił na dalsze konfrontacje. Ciekawe czy dziś znowu D będzie spać na kanapie, ze swoimi brudnymi stopami i kolanami sączącymi się z otarć i z majonezem, który gdzieś w środku nocy stoczy się i stłucze. Od zapachu majonezu zaczęło jej się zbierać na wymioty, a kiedyś go lubiła.

Ona lubiła ludwik cytrynowy, D preferowała miętowy. Ale to przecież drobne rzeczy. Miały się dotrzeć, ale zamiast tego wyskoczył komunikat: „error, brak miejsca”. Teraz ona patrzy na D i czuje nienawiść i chce jej się zgrzytać zębami, pal licho szkliwo i stawy skroniowo – żuchwowe.

Zakochane były głównie w idei queer joy, a może i trochę w sobie, trudno już teraz powiedzieć. Ona nigdy nie miała dobrej pamięci, a teraz je frytki i próbuje pamiętać, ale nie idzie jej to najlepiej.

Pamięta jak w kinie w toalecie D przyparła ją do ściany i jak wpiła się łapczywie w jej usta i jak jej ręka wylądowała na jej udzie. Pamiętała, jak poznały się w lecie, jechała rowerem a D właśnie się wywróciła, rower do zezłomowania, kolana obtarte, więc powiozła ją na ramie. Nie wiedziała wtedy, że D zawsze ma obtarte kolana.

D patrzyła na nią ze złością, jakby to ona sprawiała, że jej rany się nie goją. Ona pamięta, jak wrzeszczała na nią i jak łzy leciały jej z oczu, jak zbierała szczątki rozbitych talerzy. Nie była w stanie przywołać, o czym się kłóciły. Ale to była jej wina, prawda? To ona zawsze była zła, ona wybuchała płaczem, ona rozpaczała nadmiernie i ona robiła sceny. Manifestowała, że będą na zawsze.

„Przestań robić tę głupią minę” – na zawsze trwało zaskakująco krótko.

*

Robi się jej znacznie zimniej i się trzęsie, ale w sumie czego się spodziewała. Balkon w lutym, ona w satynowej piżamce, takiej jaka się D podobała, śliskiej. Frytki się skończyły, zostały jej po nich tłuste od soli i keczupu palce i ostatnie wspomnienia smaku zimnego smażonego ziemniaka. Wybiłaby tę szybę, gdyby jej zależało aby wrócić do środka. Mogłaby krzyczeć, ale uznała, że nie będzie na D polegać. Ona tego chce. Chce ją uratować z sytuacji, w którą sama ją wpakowała, ona wie, że to D zamknęła od środka drzwi, a któżby inny, były w mieszkaniu same, jak zawsze. Pewnie przyjdzie z rana, otworzy drzwi niczym bohaterka, jakby ona była dzieciakiem zostawionym w kącie za złe zachowanie. Nic złego nie zrobiła, ale D miała dość i chciała być sama.

Zerka do środka przez drzwi balkonowe i wydaje jej się, że słoik majonezu leży rozbity. Ah, na pewno będzie chora jutro, po tym, jak przymarza. Powoli robi się obojętna na chłód, tylko dziwnie sztywna, nie czuje już palców u stóp. Pieprzyć to wszystko, koniec płaszczenia się i błagania i durnej nadziei. Zostawia talerz po frytkach na balkonie. Dobrze, że mieszkają na parterze, źle, że całe podwórko wybetonowano. Raz kozie śmierć. Skacze. Jęczy z bólu, jest niemal pewna, że jej krzyk zbudzi kilka rodzin, że światła pozapalają się w mieszkaniach w blokach. Nie zapalają się. Po jakimś czasie podnosi się, wszystko pulsuje bólem. Teraz to ona ma obdarte kolana. Przez chwilę zastanawia się, czy nie powinna posypać ich brokatem, by nie wyglądały dla świata zbyt odstręczająco. Wzrusza ramiona i rusza przed siebie, czuje że krew spływa jej w dół po łydkach, a spodnie kleją do otartych kolan.

 

sobota, 22 listopada 2025

Od świruski do statystyki

 

Kobieta, leżąca w krzakach, zabita. Przewraca oczami z zażenowania. Banał, oklepany motyw, nic odkrywczego. Czy jest coś bardziej kiczowatego i żałosnego? Nie. Przynajmniej wiedziała, jak się znalazła w tej sytuacji.

*

Godzina 17:18, wychodzi z domu, idzie przebiec się po mieście, wstąpić to tu, to tam, pozałatwiać bliżej nieokreślone sprawy. Sklep za sklepem, spotkanie za spotkaniem, już cała zmęczona i zziajana, a dopiero jest w połowie.

Wybiega ze sklepu, musi lecieć jeszcze do galerii, pot spływa po plecach, zjeżdża ramiączko od stanika, w bucie zwinęła się skarpetka, torebka już taka napęczniała od zakupów, że zaraz zrobi jej się permanentna skolioza w wieku dwudziestu paru lat. I wtedy: ona. Do kroćset! Szybko, musi się orientować, wszystko by jej nie zajść drogi, by nie pogadać, „proszę, niech się otworzy pode mną klapa i niech się zapadnę pod ziemię”, czy lepiej skoczyć w krzaki czy udawać, że kontempluje się ścianę? Jakiś chłop zatrzymał się tirem, więc szybko, do środka. Wysoko mają te drzwi, nie sądziła, że ma mięśnie głębokie brzucha, by się podciągnąć, ale może to determinacja zadziałała. Chłop poszedł tylko w krzaki, zaraz wraca ze spokojnym uśmiechem, tylko że staje jak wryty, gapi się na nią w jego szoferce.

– Jedź pan!

Przerażony wskakuje do auta i odjeżdża, zaskakująco zwinny przy wdrapywaniu się na te niebotyczne wysokości.

– Czy to napad? – pyta jej.

– Co? Amerykańskich filmów się pan naoglądał? Nie, niech pan jedzie.

Tłumaczy mu, że musi uciekać i to w trymiga, bo jej ego tego nie uniesie, bo tam już jest obnoszenie się i zadzieranie nosa i szkalowanie jej nienajgorszego imienia, a ona sobie nie pozwoli.

– Ja nie taksiarz – zauważa po wysłuchaniu jej historii.

– To niech pan uzna to za przyjacielską podwózkę.

– Nie znam pani, sama wzięła mi wskoczyła do tira i wieź ją. Też coś. Szalona jakaś?

– Tak.

Zapada cisza, chłop jednak jedzie, na tirowym radio ktoś pyta o ładne dupeczki, tamten z zażenowaniem skręca głośność i łypie na nią spod oka. Nagle wielki dżentelmen, jakby jej wcześniej od psychicznych nie wyzywał. Czy to wyzwisko, gdy to prawda? Choć może i doktorzy się mylą, ona jest po prostu spontaniczna. To tamta jest psychiczna. Patrzy się z pogardą i syczy jak dziki kot. Kiedyś to fajne było, ale jednak należało odczytać jako czerwoną flagę, tak z perspektywy czasu.

– To umówmy się, że to porwanie. Połowicznie za zgodą – uznaje ugodowo.

– A kto kogo porywa?

– Do dogadania.

Jadą przez chwilę w milczeniu, tirowiec chyba wraca na trasę, bo się zbliżają do autostrady. Radio przyciszone, nie słychać jego kolegów bardziej niż trzeszczące szepty. Co jakiś czas kląska językiem o podniebienie, a wtedy chłop zerka na nią nieufnie, co najmniej jakby pistolet odbezpieczała. Co to za nowa polityka, to już kobiecie normalnie kląskać nie można, bo od razu oceniają? Akurat ona kląskać musi, ma na to papiery i wszystko, bo logopedka jej tak nakazała. Tylko te zalecenia na piśmie zostawiła w domu, ale ma je w głowie i poręcza, że takie są.

– Jaki jest pana ulubiony pisarz? – Zagaduje, bo small talk ponoć wypada, a chłop przecież ją wiezie, wbrew woli.

– Faulkner – odpowiada, nie spuszczając wzroku z drogi.

– A nie zapyta pan mnie o to samo?

– A co mam pytać?

– Bo rozmowa jest jak gra w ping pong. Ponoć, tak słyszałam.

– Może pani sama mi powiedzieć, po co będę pytał? Pani jakoś wcześniej ani trochę nie pytała, sama wszystko, bez konsultacji, to dlaczego mam się włączać?

– Ale nudziarz z pana.

Niezadowolony miłośnik Faulknera aż pogłośnia radio („Psy na zjeździe na Ropczyce”). Agresywnie trąbi na jakieś BMW, choć ona nie wie dlaczego.

– Cholera! – Wrzeszczy – Wryj się bardziej, idioto! Gdzie?!

– Gdzie go oczy poniosą…

– A ty tam cicho!

– O, to chyba ja jednak jestem ta porwana. Myślałam, że my tu równi. – Kwituje.

Chłop wzdycha ciężko, nadawałby się do „Światu według Kiepskich”.

– To już dobra, proszę gadać, co to za ulubiony pisarz pani… - wciska klakson i przytrzymuje przez dłuższy czas, a ona zastyga z otwartą gębą, już gotowa do mówienia, teraz to na pewno jej w ustach zaschnie i jeszcze się rozkaszle, oby tylko to, bo jak się wyrzyga, to chłop ją zostawi na poboczu jak potrąconego dzika. Mógłby jechać normalnie, a nie tak tym tirem zarzuca, jakby jechali po kocich łbach lub serpentynach, a nie po drodze ekspresowej.

– Muriel Spark – odpowiada wreszcie, kiedy tirowiec ściąga nasadę dłoni z klaksona.

– Powinienem się domyślić. Dlatego taka pani jest.

– Jaka?

Zerka na nią ostrożnie i przełyka ślinę. Głośno. Ścisza znowu radio, bo kolejny tirowiec już się odpala o pedałach i babochłopach, ale nie takie rzeczy z miłośnikiem Faulknera, on jest ponad to.

– Gdzie panią wysadzić? – pyta po chwili.

– A co, już pan się chce mnie pozbyć?

– Tak. A poza tym jadę do Niemiec. A pani była już tu pani nie zobaczy i nie obdarzy pani oceniającym spojrzeniem, czy przed czym tam pani ucieka tak bardzo, że porywa ciężarówkę.

– Aha, żadne tam porywa. Pan mnie porwał, zapomniał pan?

– Nie będziemy się kłócić o szczegóły. Może być tutaj? – wskazuje na stację paliw.

– A nie odwiózł by mnie pan z powrotem do miasta?

– Ja nie Uber.

W końcu więc wyskakuje z tira na stacji, dosłownie, bo nie trafia stopą w schodek, łubudu, ała, asfalt, dupa poobijana, łokieć też, z torebki się wysypały sprawunki, włosy sterczą na wszystkie strony od sztucznych pokrowców w szoferce, a chłop już odjeżdża, nie obejrzał się nawet, damie w tarapatach upadniętej na asfalt nie pomoże, a potem zdziwienie będzie, że epidemia samotności. Dobre sobie, jeszcze czegoś będzie chciał.

Gramoli się na nogi stękając, bo jak wszystko poharatane po asfalcie a i człowiek niemłody to boli i stękać należy, bo każdy głupi wie, że po postękaniu boli mniej. Chce bolta zamówić do miasta, ale klops, telefon rozładowany, a jeszcze po asfalcie się połomotał i teraz szybka pęknięta jak kalejdoskop, tylko bez ładnych kolorów, trochę szkoda. Ona nie jest typowa zetka, żeby cały dzień w nosie z telefonem siedziała, a i bez ładowarki chodzi i takie oto są tego skutki.

Wchodzi więc do stacji by spożyć hot doga i rozglądnąć się czy aby nie ma tam kogoś, kto by ją podwiózł, ale o dziwo ani żywej duszy poza sprzedawcą. Klnie na siebie, że zawsze narzeka na ruch i korki, to teraz się doklęła, że się wszyscy sprzysięgli przeciw niej i jak jeden mąż uznali, że tam gdzie ona przebywa tam jeździć nie będą, pod żadnym pozorem, absolutnie. W sumie to i stacja mało atrakcyjna, a trzy kilometry dalej combo orlen i mcdonald’s, a tu nawet lichej żabki nie postawili, to i w sumie nie ma po co zajeżdżać. Dalej można się obkupić i na dodatek jeszcze za paliwo przepłacić. Hot dogi też tu mają parszywe, te parówki to chyba ukręcili z myszy, które im wcześniej przegryzły bagietki.

Za kasą chłopina koło trzydziestki, czapka służbowa naciągnięta niżej, niż to konieczne – czyli łysy. Nie zwraca na nią uwagi, jak pałaszuje hot doga w alejce pomiędzy tamponami a papierem toaletowym kontemplując swój marny żywot i durną pochopną naturę. Pomyśleć, że już mogła wszystko załatwić i być w domu, ale nie, zawsze musi reagować najpierw, a myśleć potem, masz ci los.

– O której pan zmianę kończy?

Zamiera i spogląda na nią przez ramię.

– Nie umówię się z panią.

– I bardzo dobrze, szukam tylko podwózki.

– To za godzinę – kwituje.

Przez godzinę zajmuje sobie czas, siedzi obok regału z magazynami i czyta artykuły jak schudnąć, jak zgrubnąć, jak zakręcić włosy, jak rozprostować zagięte włosy, jak wycisnąć pryszcze, dlaczego nie wolno wyciskać pryszczy, najlepszy przepis na carpaccio, domowe pierogi z Aniagotuje. Wstaje i drepta, to tu, to tam, każdy produkt ogląda i odkłada, już prawie pamięta wszystkie składy, potem jeszcze przed stacje wychodzi i wyłazi napis SOS, ale nie widać go, bo wszędzie asfalt; ale już czuje, że jej nogi wchodzą do tyłka, więc przestępuje z jednej na drugą, niecierpliwe, aż chłopina zamyka stacje, która nie działa - jak pobliski orlen - przez całą dobę, i zaprasza ją do samochodu.

Oczywiście łysy musiał przebrać jedną czapkę na drugą, a teraz wije się na fotelu próbując dojrzeć, czy nie wjeżdża w stację swoim oliwkowym punto, trudno powiedzieć, co by prędzej przetrwało zderzenie, budynek czy samochód, ale zapomina trochę o reszcie; najeżdża na rurę od dozownika benzyny, robi minę jak dzieciak gdy matka przyłapie go na rysowaniu po ścianie kredkami świecowymi z cieknącą pieluchą, wycofuje i co prędzej wyjeżdża.

– Nie boi się pani prosić o podwózkę obcych? Tylu teraz zboczeńców.

– Nie boję się – odpowiada, ale głos już jej lekko drży, co się naoglądała true crime, to jej, a wszystko zaczyna wskazywać na to, że niedługo ktoś w podcaście powie na nią „bohaterka mojej dzisiejszej opowieści”, bo kto normalny jeździ punto. Każdy morderca w horrorze pyta czy ofiara się nie boi, by ją potem niechybnie zaciukać siekierą, matko!, byleby to nie była siekiera, bo po pochówku z otwartą trumną nici. „Niech chociaż będzie jakimś dusicielem czy coś”, myśli, inaczej tapicerkę sobie ubrudzi.

Gdy śmigają drogą ekspresową w stronę miasta, choć nie jej miasta, tylko jakiegoś innego miasta, odwraca się, patrzy na jezdnię za nimi i uśmiecha się lekko. Na tylnym siedzeniu sprzedawczyk wozi szpadel, na bank ją zakopie, chyba że jest miłośnikiem ogrodnictwa, ale na pewno nie, który morderca lubi sadzić tuje?

– Podałabyś mi chusteczki ze schowka? – Przechodzi na ty, cwaniaczek cholerny.

Otwiera schowek, a tam, ależ oczywiście, nóż myśliwski, czyli jeszcze dręczy biedne zwierzątka, kto wie, może przed chwilą zjadła hot doga z rysia.

Zatrzymuje się na poboczu i bierze od niej chusteczki. Patrzy na nią i ma taki błysk w oku, złowieszczy, choć może to tylko reflektory mijającego ich samochodu. Schowek nadal otwarty.

– Nie będziesz uciekać?

– Ha, było kupić auto z drzwiami blokowanymi pilotem od wewnątrz, co? – unosi brodę i zdobywa się na hardość, choć czuje, że zaraz się zesika ze strachu i noga jej się trzęsie.

– Możesz pyskować, jeśli sobie chcesz. I tak cię to nie uratuje.

– A jakby była potulna, to by mnie uratowało?

– Nie.

– Tak sądziłam. Czy mogę ci zadać ostatnie pytanie?

– Skoro musisz – wzdycha ciężko i sięga przez nią po nóż.

– Jaki jest twój ulubiony pisarz? – Pyta więc, a sprzedawczyk zastyga niemrawo. Mruga bezrozumnie oczami. Drapie się pod czapką, a ta podskakuje, ukazując przebłyski łysiny. Chyba wyłysiał przedwcześnie, bo w półmroku wydaje się być dosyć młody, albo może tak tylko jej się myśli, by zdobyć się na większą pogardę do dzieciaka.

– Dziwne ostatnie słowa. Będę miły i odpowiem. Nie wiem, nie czytam. – Bierze zamach.

*

No i tak to się wydarzyło, nic spektakularnego, od lekkodusznej świruski do statystyki. Unosi się nad sobą i czeka, aż ją ktoś znajdzie. Byle nie spacerowicz z psem, bo zostanie obsikana lub bez ręki. Potem przyjadą oficjele i będzie miała sesję zdjęciową. To dobrze, zawsze chciała być sławna.

 

sobota, 25 października 2025

Jędza, złodziejka czapek

 

Złodziejstwo, jako fach, wymaga kreatywności. Każdy się spodziewa, że z tylnej kieszeni czy rozpiętej torebki łatwo jest podprowadzić portfel czy telefon. Jędza potrzebowała więc uruchomienia nieszablonowego myślenia i innowacji i tak pewnego dnia postanowiła, że będzie złodziejką czapek.

Możecie sobie pomyśleć, okej, kradzież czapek, może i ciekawe zajęcie dla młodej dziewczyny, ale niezbyt dochodowe, czyż nie? No, nie do końca. Widzicie, Jędza jest przedsiębiorczynią, można nawet powiedzieć, że businesswoman, girlboss, kobietą sukcesu. Co złupi, to opyli, a kanałów sprzedażowych ma kilka. Po pierwsze sprzedaje czapki na vinted, po drugie na allegro, po trzecie stacjonarnie, na bazarze. Wszystko wymaga dobrej strategii. Jeśli ściągnie beret moherowy z głowy jakiejś starowinki, to wystawi na vinted, bo tam starsza pani raczej nie będzie szukać. Jeśli od młodszych, to albo na allegro, albo na bazar, w zależności od jej wstępnej oceny, czy jej wyglądają na takich, co przeglądają mało popularne, boomerskie niemal portale, czy może w niedziele nie mają nic do roboty i włóczą się po targach.

Do skutecznej kradzieży czapek przydatnych jest kilka rzeczy. Ważny jest wzrost. Nie trzeba być jakimś niezwykle wysokim, chyba że pragnie się okraść osobę dwumetrową, ale jeżeli nie, to wystarczy być tylko troszkę wyższym niż przeciętnie. Jeśli jest się niskim, zostaje się skazanym na okradanie dzieci i maleńkich babuleniek, a po tym moralniak gwarantowany. Druga rzecz istotna w złodziejstwie to szybkość. Należy chwycić czapkę, najlepiej za pompon, jeżeli nie ma pompona, to można wyrwać komuś włosy i zwrócić na siebie bardziej nagłą uwagę; i w te pędy rzucić się do ucieczki. Istnieje spora szansa, o czym Jędza przekonała się nie raz i nie dwa, że osoba będzie tak oszołomiona zniknięciem czapki wprost z głowy, że nastąpi opóźnienie w reakcji, a złodziejka zdąży się już w try miga oddalić. Jędza na przykład postanowiła w celach zawodowych odświeżyć swoje dawne umiejętności sprinterskie, gdyż w szkole średniej brylowała na zawodach powiatowych i regionalnych, a teraz to młodzieńcze hobby okazało się być przydatne w jej codziennym życiu. Widzicie, ludzie nagle pozbawieni czapki zwykle rozglądają się najpierw dookoła, sądząc, że im czapka spadła, może wiatr zawiał, może jakiś przeciąg, a zanim się zorientują, że zjawiska pogodowe nie miały ze zniknięciem nic wspólnego, to Jędza już zdąży zniknąć gdzieś kilkaset metrów dalej i tyle ją widziano.

Oczywiście, należy kraść tam, gdzie się wie, że nie ma kamer, albo zrobić to tak sprytnie i szybko, że technik, który będzie oglądał zapis z monitoringu, będzie co najwyżej zdziwiony i skonfundowany. Dodatkowym plusem w momencie wykrycia jest fakt, że ceny nakryć głowy są na tyle niskie, że plasują występek w kodeksie wykroczeń, chyba że niefortunnie postanowi się okraść jakiegoś gogusia z balenciagą na głowie (co w Polsce jest raczej rzadkie, a więc i margines błędu dla złodziejki niewielki).

Jędza rozkłada się ze złupionymi czapkami na swoim stoisku, ciesząc się, że jest zima, bo latem ludzie czapek nie noszą aż tak często, widocznie pragną udaru słonecznego, albo żeby Jędza zbankrutowała. Obok niej stoisko ma pewien starszy pan, co sprzedaje mięso niewiadomego pochodzenia. Mięso jest takie, jakie klient sobie zażyczy, na przykład podchodzi pierwszy naiwny, pyta czy to tusza królika, a starszy pan, że owszem; i już pakuje, choć godzinę wcześniej zapewniał innego klienta, że to indyk.

– To powiedz mi – zagadnęła go kiedyś Jędza – z czego w końcu to mięso?

– Nie będę ci zdradzał moich tajemnic zawodowych – odgryzł się. – Powiedz lepiej, czemu się przedstawiasz wszystkim jako Jędza?

– Bo lepiej Jędza niż Nędza – zauważyła złodziejka czapek.

– Też prawda – uznał, usatysfakcjonowany odpowiedzią. – Powinnaś sobie szyld wywiesić z nazwą „U Jędzy”.

– Szyldu się nie da, to tylko stół. Może sobie zmienię nazwę na allegro na taką, albo jak trendy młodzież przyjdzie kupić czapkę i będzie chciała płacić blikiem to powiem, by wpisali w okienku odbiorcy „U Jędzy”.

– A co to ten blik, bo ktoś chciał płacić tak za mięso z konia, ale nie wiedziałem, co to i tylko wygarnąłem, że wymyślonej waluty nie przyjmuję.

– Mięso z konia? – Zszokowana Jędza zmarszczyła brwi i zerknęła na mężczyznę pytająco.

– To chyba jakaś nowa moda, coś mówił, że jest na diecie lwa – odparł – ale skoro na diecie lwa, to nie powinien jeść mięsa z lwa?

– Pewnie założył, że nie masz mięsa z lwa.

– Jak to nie mam? Pewnie, że mam – odpowiedział z dumą.

– To sobie wywieś szyld „dziczyzna” – zasugerowała Jędza. – Albo po prostu „Mięso z lwa”.

– Jak już wcześniej przytomnie zauważyłaś, nie da się tu wywiesić szyldu…a ta czemu znowu klnie?

Jędza zerknęła w oczywistą stronę, czyli naprzeciwko, gdzie stoisko miała Idusia. Idusia sprzedawała wszystko i nic, czyli najbardziej niepotrzebne rzeczy, jakie istnieją, które sprowadzała przez AliExpress i Temu. Idealnie wypełniała niszę rynkową dla tych, którzy nie umieją, mimo najszczerszych chęci, korzystać z Internetu. Opowiadała też, że to nie z Chin, tylko jej wynalazki, i żeby ją wspierali jako innowatorkę, albo opowiadała, że to wynalazki, których patenty wykradła i które rząd chciał ukryć, by zrobić życie wszystkich obywateli trudniejsze i obiektywnie gorsze. Należało wyczuć kupujących i dostosować przekaz, ale to Idusia wiedziała, jak każda dobra przedsiębiorczyni.

– Hej, Idusia? Co tobie? Uszy nam więdną – warknęła Jędza, bo co jak co, wiele można jej zarzucić, ale na pewno nie to, że jest źle wychowana. Idusia też przy klientach miała nienaganne maniery, ale od czasu do czasu, w chwilach trudnych, klęła tak siarczyście i kreatywnie, że połowy tych wulgaryzmów to Jędza nawet wcześniej nie znała. W ogóle, zdawało jej się, że Idusia umie kląć w co najmniej kilku językach, była to w końcu kobieta inteligenta i wykształcona, tylko czasami trochę niestabilna emocjonalnie, nikt nie jest idealny.

– Znowu mi towar na cle zatrzymali! Pójdę z torbami! – Wrzasnęła Idusia, a potem powróciła do wiązanki przekleństw.

Sprzedawca mięsa mruknął coś niezadowolony, zaczął się krzątać i wyciągnął skądś butelkę wódki. Podbiegł do Idusi i chwycił ją za ramiona.

– Uspokój się, bo klientów odstraszasz nie tylko sobie, ale i nam! Masz tu, wódeczki się napij i siedź cicho. A i tak wszyscy wiemy, że na tych badziewiach zarabiasz nieźle, na pewno więcej niż biedna Jędza na kradzionych czapkach. Wystarczy ci na rachunki i z torbami nie pójdziesz, a za dużo nie chciej, bo ci się w dupie poprzewraca i woda sodowa uderzy do głowy – odkręcił butelkę i podał Idusi, prowadząc ją do małego krzesełka przy jej stoisku. Idusia siadła i przyssała się do butelki, już cicha i spokojna.

Wtedy jakaś elegancka paniusia zawędrowała w ich alejkę. Widząc Idusię pijącą duszkiem wódkę popędziła na drugą stronę, niepewnie zerkając za siebie. Cyrki odstawiała, jakby nigdy nie praktykowała spożywania napojów wyskokowych w miejscu publicznym.

– Przepraszam, ma pan kaczkę? – Zagadnęła do mężczyzny, a ten przytaknął i natychmiast wskazał jej odpowiednie mięso, zapakował nawet w papier z napisem „kaczka”, bo poważnie podchodził do swojej roboty.

Potem coś na stoisku Jędzy przyciągnęło jej wzrok i podeszła, macając czapki jedną ręką, a w drugiej trzymając pakunek z mięsem niewiadomego pochodzenia.

– Skąd się pani zaopatruje w te czapki? Że takie pojedyncze?

– Jak to skąd, sama robię.

– Na pewno? Taką podobną widziałam w sieciówce.

– Aha, odgapiają ode mnie! Wiedziałam! – Krzyknęła wzburzona Jędza – dziękuję, że mi pani mówi. Jutro z samego rana wniosę pozew o naruszenie praw autorskich.

– Metki swojej pani nie wszywa? Tylko tak bez? – Kobiecina dłoń macała jedną z czapek od wewnątrz.

– Nie, jak się ma niepowtarzalny styl, to nawet metek nie potrzeba, droga pani. Ci, co się na modzie znają, od razu będą wiedzieć, że to ode mnie. – Zerknęła na minę klientki i dodała – zapewniam.

– Wie pani, na pewno to pani sama robi? – Zmierzyła Jędzę pytającym wzrokiem – bo ta czapeczka to wygląda jak mojej córuni, co ją gdzieś zapodziała jak wracała ze szkoły. Może nie posiała, Bóg wie gdzie, tylko pani jej tę czapunię ukradła?

– Zaraz, o którą chodzi? – Dopytała Jędza grając na zwłokę.

– Ta tutaj, różowa z cekinami, z pomponikiem.

– Taką czapkę pani córce zakupiła? – Zdziwiła się Jędza – przecież ten pompon to łatwopalny jest, a pani wie, jak to dzieci. Eksperymentują z zapałkami. A cekiny? Błyszczą się w słońcu, mienią, nic tylko się prosi, aby jakaś sroka ukradła.

– A sroki czasami nie hibernują w zimie?

– Ależ skąd! Nie hibernują, zapewniam – odpowiedziała Jędza, dumna z siebie. Gdy postanowiła zostać złodziejką czapek miała przeczucie, że umiejętności nabyte w kółku teatralnym, na które uczęszczała w szkole podstawowej, na coś się przydadzą. Jak zwykle przeczucie jej nie myliło.

– To jaką czapeczkę by pani poleciła dla ośmiolatki? – Mruknęła ugodowo klientka.

– A może tę, jest z materiału takiego, że się nie spali, albo tylko lekko nadpali i tyle, nie ma błyskotek, to i sroka nie porwie, zapina się pod brodą, więc i wiatr z główki biednego dziecka czapki nie zerwie – Jędza podała kobiecie beżową czapkę.

– Ale jak to: nie różowa? No nie wiem – nie wyglądała na przekonaną – moja córunia wszystko nosi różowe.

– Beżowy to teraz pierwszy krzyk mody i neutralny kolor, co do wszystkiego pasuje. A jak córka bardzo chce różową, to materiał na tyle jasny, że chwyci farbę, może sobie mała sama ozdobi i obudzi w sobie talent kreatywny.

– A pani nie przeszkadza, że pani projekt klient sobie zmienia według uznania?

– Aha, przeszkadza, ale dla wielkich artystów robię wyjątki. Przez szacunek.

Kobieta spoglądała nieufnie na Jędzę i jej asortyment, ale ostatecznie kupiła beżową czapkę i odeszła. Po prawdzie, czapka była brzydka i nudna, a Jędza nie mogła jej sprzedać od ponad miesiąca. A czapeczkę córuni tej kobieciny ukradła, a jakże. Trochę źle się czuła, że okrada dzieciaka, ale potem uznała, że czapkę ma brzydką jak noc i może przez jej magiczne zaginięcie mała namówi mamusię na nową, ładną czapkę. No i proszę: dostanie nową. Czy ładniejszą? Niekoniecznie.

Chwilę spędzili w ciszy, wiatr szumiał mimo braku liści na drzewach, a Idusia cmokała coś niepewnie nad prawie pustą butelką.

– Właściwie to my tu sprzedajemy odpowiedź na wszystkie podstawowe potrzeby człowieka – mruknął starszy mężczyzna, a Jędza przewróciła oczami, jak zawsze, gdy zbierało mu się na filozofowanie, czyli z reguły codziennie pod koniec dnia. – Jak ktoś głodny, to ode mnie mięso kupi, jak mu zimno to mu sprzedasz czapkę, a gdyby ktoś miał jakieś potrzeby estetyczne to od Idusi zakupi jakąś durnostojkę. Albo przetykaczkę do kibla która się potem sama czyści, czy co ona tam sprzedaje. O cholera, psy idą – wyskoczył zza stoiska i zaskakująco żwawo jak na swój wiek przyskoczył do Idusi, wyszarpując jej z rąk butelkę wódki. Jędza rozejrzała się, i faktycznie, na horyzoncie zamajaczyły jej jaskrawe kamizelki mundurowych, ewidentnie zmierzających alejką w ich kierunku. – Idusia, jakby cię co pytali, to mów, że jesteś upośledzona – nakazał i wrócił do swojego stoiska upychając butelkę za pazuchą.

Idusia, całkiem pijana, siedziała na swoim składanym krześle, co jakiś czas pogwizdując i wpatrując się w swoje dłonie. Na jej twarzy malowało się takie zaskoczenie, jakby nigdy wcześniej nie zorientowała się, że ma ręce. Jednak policjanci nawet nie spojrzeli na biedną Idusię, a zamiast tego skręcili w stronę Jędzy i sprzedawcy mięsa.

– Dzień dobry, czy pani tu czapki sprzedaje?

– Jak widać – Jędza wykonała gest wskazujący na jej asortyment.

– Otrzymaliśmy od pewnej pani zgłoszenie, że handluje się tu kradzionym towarem – jeden z policjantów zmierzył ją poważnym wzrokiem – zidentyfikowała czapeczkę swojej córuni wśród pani towaru.

– Przepraszam, czy pan jest jej mężem, że na jej córkę mówi córunia w czapeczce? – Jędza natychmiast zatkała sobie dłonią usta, ale było już za późno.

Policjant nasrożył się, ściągnął brwi, a drugi strzelił stawami palców, gotując się do działania.

– Zgadza się pani na dobrowolne przeszukanie? Posprawdzamy sobie te pani czapeczki – ostatnie słowo wymówił z naciskiem, wpatrując się Jędzy prosto w oczy.

– Proszę przeszukiwać – burknęła Jędza, patrząc wymownie na starszego sprzedawcę mięsa, który odwzajemnił jej spojrzenie i mrugnął. Policjanci zaczęli macać paluchami jej biedne czapki, kiedy stary nagle wyprostował się i wrzasnął.

– Panowie policjanci, ja tu mam ludzkie mięso!

Funkcjonariusze podskoczyli jak oparzeni i rzucili się w stronę starszego pana, a tymczasem Jędza hyc, w nogi i już jej nie ma. Zaklęła jednym ze słów, których nauczyła się od Idusi, gdyż czapki musiała zostawić na miejscu, by ratować swoją wolność, bo kto wie, tyle tych czapek tam miała, że może po dodaniu kwot wyszło by jej przestępstwo.

Zdyszana doszła do swojego małego mieszkania i sprawdziła każdy kąt, by się upewnić, że policjanci nie czają się gdzieś po kątach, a potem zmęczona opadła na łóżko. Przeprowadziła śledztwo i znalazła na facebooku grupę „Okradzeni z czapek”, a tam posty i zdjęcia zaginionych nakryć głowy. „Matko – pomyślała – czapka to nie pies, by tak intensywnie szukać. Trzydziestu złotych nie mają na nową? Gdyby nie mieli, u Jędzy, jak to na targu, można było utargować czapkę za mniej. Może nawet swoją własną wykupiliby za bezcen. W sumie jak udowodnią, że to ich czapka, a nie podobna?” Myśli kotłowały jej się w głowie, a noc upłynęła niespokojnie, za każdym razem, gdy słyszała syreny alarmowe, zrywała się, będąc pewną, że to po nią jadą.

Nic się jednak nie wydarzyło, więc następnego dnia, zmęczona, niewyspana, obolała od nadmiernie napiętych ze stresu mięśni ruszyła z powrotem na targ. Idusia złorzeczyła od rana, mówiła coś o kacu, a potem ciągnęła się kolejka przekleństw co najmniej tak długa jak kolejka do sklepu w czasach PRL-u. Pozornie wszystko wróciło do normy.

Stoisko kolegi-sprzedawcy mięsa stało puste, okrążone policyjną taśmą. Pewnie maglują biedaka, a kiedy wróci, zły i niewyspany, zedrze tę taśmę, rozstawi towar i zacznie handlować od nowa. O ile nie skonfiskowali mu całkiem asortymentu, bo wtedy chwilę mu zajmie, zanim zdobędzie nowy.

– Ale przypał wczoraj, co nie? – Zagadnęła Idusia.

– A ty już trzeźwa?

– Tak. Szkoda, że już nie zobaczymy Gienka.

– Miał na imię Gienek? – Zdziwiła się Jędza, uświadamiając sobie, że nigdy jej się nie przedstawił.

– Tak – Idusia gwizdała pod nosem – patrz, wypuścili mi z cła skarpetki które wchłaniają pot, żeby nie mieć śmierdzących nóg.

– A skarpetka nie będzie śmierdzieć?

– Nie wiem, nie było napisane. – Westchnęła ciężko Idusia – szkoda tego Gienka…

niedziela, 7 września 2025

Zlecenie

 

Tamtego dnia do jej drzwi zapukał pewien mężczyzna. Sama nie wiedziała, co z tego wyniknie, poza tym, że kłopoty. Chwyciła mocniej swoją laskę i pokuśtykała do drzwi, zakładając, że lepiej będzie wyglądać na słabszą, niż naprawdę jest. Tak dla zmyłki.

Mężczyzna był ubrany w garnitur, w ręku trzymał aktówkę, a na nosie miał ciemne okulary, które zdjął, gdy tylko otworzyła mu drzwi i skinął głową, pytając czy może wejść.

– A z jakiego powodu?

– Mam do pani interes.

– Do mnie? Ja mam siedemdziesiąt lat. Jestem emerytką. Niczego nie sprzedaję.

– Sam jestem zdziwiony, a jednak.

Westchnęła niezadowolona, ale otworzyła mu drzwi. Wcale nie była bezbronna, jej laska wykonana była ze stali. Coś świtało jej, że być może kiedyś prowadziła jakieś interesy, ale umysł już nie ten i coś jej się pozapominało. Może jegomość wyjaśni, po co przychodzi, a ona wyprowadzi go z błędu, że niestety, ta usługa już niedostępna.

Zaparzyła mu herbatę, bo zdążył się już rozsiąść za stołem, nie wyglądał, jakby zamierzał zaraz wyjść. A ona zresztą była samotna, i choć na co dzień goście ją tylko denerwowali i celowo kontaktów z nikim nie utrzymywała, a rodziny nie założyła, to ten pan o wyglądzie biznesmena ciekawił ją coraz bardziej. To była jej jedyna słabość – ciekawość.

Postawiła przed nim komplet solniczki, cukierniczki i pieprzniczki, wszystko w takich samych małych słoiczkach.

– Przepraszam, w którym jest cukier? – Zapytał jegomość.

– Nie wiem.

– Jak to, nie wie pani?

– A tak to. Żeby życie miało smaczek. Czasami, wie pan, siedzi sobie człowiek znudzony rzeczywistością, przysypia przed serialem, w którym dzieje się w kółko to samo, nie ma nawet nic ciekawego w klubie seniora, oprócz natarczywych starców i bingo, i tak losowo weźmie jeden podajniczek, sypnie do herbaty, i albo nadal będzie nudno, albo chociaż na koniec dnia mordę wykręci i zmysły pobudzi. Niech pan spróbuje, nalegam.

Biznesmen niepewnie sięgnął po jedną z przypraw i jednym szybkim ruchem wtrząsnął do kubka. Patrząc na napój z niepokojem podniósł go do ust i napił się, po czym jego usta natychmiast wykrzywiły się w grymasie, a mężczyzna splunął soczyście. Podała mu ścierkę, którą myła wszystko jak popadnie, od sedesu do talerzy, a on wytarł nią stół, własne kolana i usta, w tej kolejności.

– W tym momencie żałuję, że słodzę herbatę. – Skwitował, nadal lekko wstrząśnięty, sądząc po wyrazie oczu.

Oczy miał bystre, w zaciekawiony sposób, ale też bardzo niejednoznaczne w wyrazie. Choć nie uważała się za ekspertkę w czytaniu ludzi, to jednak w jego przypadku nie umiała powiedzieć o nim zupełnie nic. Nadała mu w myślach miano biznesmena, bo przyszedł w garniturze i okularach o ciemnych szkłach, a teraz pod stołem posadził sobie aktówkę, którą wcześniej trzymał uporczywie w ręku.

Zlustrował wzrokiem jej kuchnię i kiwając głową w stronę kolażu zdjęć na ścianie, zapytał:

– To pani mąż?

– Pan musi mieć chyba zły wzrok – skwitowała. – To moi kochankowie. Było ich trzech, na różnych etapach życia.

– A gdzie teraz są?

– Pierwszy, Robert, w grobie – westchnęła kiwając głową – niefortunny wypadek na nartach. Zawsze lubił się narażać i chwalić, w czym to on nie jest dobry. Zdradzę panu sekret: w niczym nie był, a już na pewno nie w narciarstwie. Drugi, Zdzisiek, w więzieniu. Dlaczego? O jeden za dużo mandat za złe parkowanie. Jak pech, to pech, albo w jego przypadku: twardogłowość, uparcie się i głupota. Trzeci, Roman, w domu spokojnej starości. Przygruchał się do mnie, wziął mnie na fortunę, miał nadzieję, że będę się nim opiekowała, bo piętnaście lat starszy. Jego fortunę bardzo chętnie przyjął dom spokojnej starości, ponoć ma pojedynczy pokój, a w nim okno z widokiem na park i raz w tygodniu dostaje piwo do obiadu.

– A dzieci? – Biznesmen brzmiał, jakby był nią zafascynowany.

– Niech mnie pan nie obraża, nawet zwierząt nie mam, nikim się nie zajmuję poza sobą, a i to niechętnie. Ale, ponoć przychodzi pan, bo coś ode mnie chce? Tylko co? Proszę gadać.

– Widzi pani, potrzebuje wyeliminować kolegę. Rywala. Konkurenta.

– O matko – jęknęła, bo przypomniało jej się, jakie usługi świadczyła swego czasu. – A skąd pan wie o tych moich usługach w tym temacie?

– Znalazłem pani stronę na dark webie. Muszę przyznać, że sądziłem, że to ktoś młodszy, dlatego bardzo się zdziwiłem, gdy to pani otworzyła drzwi.

Racja, ta głupia strona. Swego czasu wszystko rozchodziło się pocztą pantoflową, ale ktoś kiedyś zaczął skarżyć i policja dyszała jej w kark, więc musiała zmienić ogłoszenia. Oczywiście, za nic jej nie skazali, bo żadnych dowodów nie było i nie ma; za to ona zapisała się na kurs komputerowy dla seniorów, gdzie miły młodzieniec wytłumaczył jej co i jak i strona zawisła. Sama ją zrobiła, ale przypadek chciał, że wypadło to przed jej pierwszym atakiem demencji i na śmierć zapomniała. Było to o tyle korzystne, że nigdy nie zezna nic na swoją niekorzyść, bo większości nie pamięta, a to co pamięta, to wie lepiej, żeby nie mówić.

– Widzi pan, ja się już takimi rzeczami nie zajmuję. Mam emeryturę i rentę, bo demencja, a i kilkanaście lat przepracowałam to tu, to tam, dla niepoznaki. Jak mi trzeba więcej pieniędzy, to odwiedzam Romana i się do niego przymilam, czasem groszem sypnie, a jak mi się nie uśmiecha uniżać się przed mężczyzną, to mam jeszcze stałe klientki, którym sprzedaję mój progesteron, co go dostawałam dawno temu na menopauzę, a teraz leży niepotrzebny.

– A po co tym paniom progesteron? Tak z ciekawości?

– Absolutnie nie wiem, nie wnikam, ale ponoć świetnie się sprawdza, jak chłop ma za dużo chuci i nie daje babie spokoju. Wkruszyć do herbatki, kompociku, zupki czy nawet buraczków ćwikłowych i będzie potulny jak baranek i zupełnie nienachalny.

– W takim razie chyba nie do końca pani z tym skończyła…

– Ja panu mówię, że ja pytań nie zadaję. I w niczym nie doradzam i nic nie tłumaczę, nie instruuję. Jak któraś chce, to za odpowiednią sumkę dostanie, a jak biedna, to za placek, albo za to że mi dom wysprząta czy kosz ziemniaków z własnego ogródka przyniesie. Ja pomagam tym, co mnie potrzebują. A co klientki robią? Nie wiem.

Zapadła cisza. Zauważyła, że mężczyzna skanuje kuchnię, zapewne szukając czegoś niezwykłego, czego zapewne jednak nie znajdzie, a może zastanawiając się, czy został otruty (nie został, co mogło być błędem, bo wiedział teraz o wiele za dużo).

– Nadal chciałbym panią zatrudnić. Jest pani w mojej opinii idealna do tego zlecenia.

– A to dlaczego? – zapytała z niejakim zainteresowaniem, wiedząc gdzieś w głębi duszy, że odpowiedź na to pytanie zadecyduje, czy wyjdzie na chwilę z emerytury, czy będzie musiała zakopać jegomościa w ogródku, aby czasem nie paplał gdzieś po pijaku przydługim jęzorem. Zmierzyła go od stóp do głów starając się ocenić, czy bardziej polubią go orchidee czy tulipany.

– Po pierwsze, o ile nie kłamie pani na swojej stronie, to doskonale sobie pani radzi i nigdy nikt pani nie złapał, co też chyba jasne, bo byśmy nie rozmawiali, gdyby tak było. Po drugie, nikt pani nie będzie podejrzewał. Proszę wybaczyć, ale kobiety w pani wieku są niewidzialne. Co urocza babcia miałaby komukolwiek wyrządzić?

Nie zgadzała się z jego oceną, jakoby była uroczą babcią, choć po domu faktycznie ubierała się babciowato, za to jak wychodziła pielić ogródek ubierała dżinsy i robiła sobie na kreski eyelinerem, ale on nie mógł o tym przecież wiedzieć.

– To bardzo niesłuszna ocena i myślę, że czyni ona panią bardziej skuteczną i zupełnie niewykrywalną. – Dodał.

– Co pan, jakiś świadomy społecznie feminista? – Zerknęła na niego spode łba z powątpiewaniem.

– Nie, proszę pani, pracuję w reklamie i znam się na swoim fachu. Sprzedałbym lód Eskimosowi, jak to się mówi.

– Chyba mówi się Inuicie, czytałam na ten temat książkę, albo może i nie, nie pamiętam.

– Nie musimy się w to zagłębiać – zauważył mężczyzna. – Dam pani dwadzieścia tysięcy, co pani na to? W kopercie, by nikt się nie dowiedział. Wypłata z banku będzie nie do wglądu dla policji, bo mam bank na Kajmanach, a on z nikim nie współpracuje, poza klientem. Pani stronę znalazłem, co prawda, na dark webie, ale gdy tylko zapamiętałem informacje, zniszczyłem komputer, i to dosłownie, jest pewnie teraz w milionie części na różnych wysypiskach. A tu, w okolicy, mam teściów, więc gdyby ktoś pytał, gdzie byłem; no cóż. Zaparkowałem przed ich domem i resztę drogi przeszedłem pieszo. To nie zbrodnia, być blisko z teściami, to co najwyżej nieco nieortodoksyjne. Część sąsiadów mnie zna i uzna, że poszedłem na spacer, ci bliżej pani, co mnie nie znają, nijak mnie nie opiszą. Mężczyzna w średnim wieku w garniturze i ciemnych okularach, z aktówką? To może być niemal każdy.

– Trzydzieści tysięcy. I jeśli pan wpadnie, to mnie nie wsypie. Chyba, że panu życie niemiłe.

– Ależ, nie wpadnę. I dobrze, niech będzie trzydzieści, stoi. Tak się spodziewałem, że będzie się pani targować. – Sięgnął do aktówki, skąd wyjął kopertę. – Piętnaście teraz, piętnaście po robocie. Zostawię pani drugą połowę tuż po dniu, w którym się dowiem, że nie żyje. W skrzynce na listy. Będę udawał listonosza. Tylko proszę, niech pani nie robi tego w okolicy terminu roznoszenia rent i emerytur, bo nigdy się nie opędzę od staruchów wszelkiej maści i zepsuje mi pani dostarczenie. W kopercie jest kartka, na kartce informacje o celu, jak wygląda, jak go znaleźć, jak mu na imię. Proszę ją zniszczyć, jak pani wykona robotę. Spalić, podrzeć na maciupkie kawałeczki, rozpuścić, zjeść, nie wnikam, byleby była nie od odtworzenia – Przewróciła oczami, mówił do niej jakby nie była profesjonalistka, jakby to był jej pierwszy raz – no, już niech się pani nie gniewa. Metodę pozostawiam pani. Proszę nie zapomnieć, miejmy nadzieję, że już się nie zobaczymy.

Kiedy mężczyzna wychodził, skinęli sobie głowami.

Zapoznała się z detalami, obmyśliła plan i wykonała zadanie po tym, jak upewniła się, że pieniądze są prawdziwe – zapłaciła wyjętym ze środka banknotem za wódkę, pięć pączków i nawóz do orchidei (biedactwa, będą musiały się obejść bez w pełni naturalnego wspomagacza i zadowolić się chemikaliami).

Po kilku dniach mężczyzna ponownie zadudnił w jej drzwi, co było dziwne, bo niezgodne z ich pierwotnym planem przekazania reszty zapłaty. Gdy tylko otworzyła drzwi wpadł do środka, niemal przewracając doniczkę z kaktusem. Mruknęła coś niezadowolona, biedny kaktus, choć jakby się na niego nadział, to by się nauczył nie szturmować drzwi jak skład antyterrorystyczny.

– Co pan? Nie tak żeśmy się umawiali!

– WĄGLIK? WĄGLIK? – wrzeszczał, jakby miała go nie usłyszeć za pierwszym razem. Co jak co, ale słuch miała akurat nadal bardzo dobry. – Czy pani oszalała? Myślałem, że pani użyje jakiegoś kreta, płynu do chłodnicy, alkoholu metylowego czy czegoś w tym rodzaju….wąglik?! Teraz mnie prześwietlają, i wielu innych, myślą że go zabił jakiś terrorysta, albo ktoś na zlecenie! Skąd pani w ogóle wzięła takie coś?!

– To tajemnica, ale muszę przyznać, że ma pan niezłe jajniki, że się pan nie bał przyjść tu po tym wszystkim. Skoro pana sprawdzają, to jak mniemam, przyciągnął pan tu ogon?

– Skąd! Wiedziałbym…

– Aha, uznajmy, że panu wierzę. Gdzie reszta mojej zapłaty?

– Niedoczekanie! Nie taka była umowa!

– A jaka? Metoda dowolna, sam pan powiedział. A z pana strony umowa obejmowała nie wsypanie mnie, to jak z tym będzie?

– Teraz to już nie wiem… - mruknął niczym obrażony trzylatek.

– To niech pan wie. A raczej, niech pan mi da resztę zapłaty. Wtedy, jak mnie pan wyda, to chociaż będę miała na adwokata.

– Na pewno panią skażą! Na pewno!

– Oj, może dwadzieścia lat temu by mnie skazali, ale teraz, to szczerze wątpię – zachichotała. – Sam pan to powiedział. Jestem niewidzialna. Jakbym była młodsza, to by mnie widzieli. Jako obiekt seksualny, obiekt estetyczny, względnie inkubator, być może matka. Nawet dwadzieścia lat temu, bo ja to jestem, nie chwaląc się, bardzo atrakcyjna, a wtedy mogłam jeszcze uchodzić za młodą. A teraz nie mogę. A ponadto, mam gdzieś papierek mówiący o demencji. I co ja, babuleńka, miałam czegoś takiego dokonać? Niech się pan zastanowi…

– Dostanie pani dożywocie!

– Czyli jakieś dwa lata, zapomniałam wspomnieć, że mam rozrusznik serca. Jak za rok go nie wymienię, to kaplica. Dwa lata, licząc hojnie. Szkoda trochę moich orchidei, ale przeżyję. Zresztą, nikt mnie w tak krótkim czasie nie zamknie…będę z wolnej stopy odpowiadać, bo przecież gdzie ja ucieknę? Ani sprawności, ani wielkich środków pieniężnych. Może mam demencję, ale nie oddalam się od mojego ogródka kwiatowego. Co najwyżej założą mi opaskę na nogę i dobra, wolałabym bransoletkę, nosiłam takie za młodu, bo mam zgrabne łydki, ale niech będzie. A nim czas na proces nadejdzie, kaput. Rozrusznik padł, babuleńka nie mogła pójść do doktora, bo opaska na nodze, a że ma demencję to może zapomniała zadzwonić i zapytać jakiegoś pana milicjanta, czy jej wolno iść na wizytę lekarską, umarła i nie ma kogo sądzić. Ale, to zakładając, że mnie w ogóle oskarżą – uśmiechnęła się, patrząc na rzednącą minę biznesmena. – Przyjemne gdybanie, jednak oboje wiemy, że się nie wydarzy.

– I co ja mam teraz zrobić? Co ja mam z tobą, babo, zrobić?

– Dawaj mi moje piętnaście tysięcy. Dam ci coś w zamian, niech stracę.

Najwyraźniej zrezygnowany, mężczyzna drżącymi dłońmi postawił aktówkę na stole i wysupłał z niej kopertę. Uśmiechnęła się w duchu, że wziął ją ze sobą, co tylko utwierdziło ją w przekonaniu, że planował jej zapłacić. Logiczne. Nawet, gdyby nie chciał, to piętnaście tysięcy w gotówce mogłoby wywołać wiele pytań ze stron policjantów, czyż nie? Schowane do koperty, nie na żadnym koncie bankowym, nie w inwestycjach; a i koperta zwykła, biała, w żaden sposób nie opisała. Podejrzane i tyle, rozsądnym było się tego pozbyć. Co prawda, mógł wrzucić pieniądze do rzeki albo spalić w kominku (wyglądał jej na takiego, co ma kominek), ale szczerze w to wątpiła. Biznesmen zdecydowanie za dużą wagę przykładał do umów.

Wyjęła z szafki niewielką pigułkę i podała mu jedną ręką, drugą zagarniając kopertę z pieniędzmi.

– Co to takiego? – Zapytał. Głos miał smutny, jakiś zrezygnowany. Chyba nie spał zbyt dobrze tej nocy.

– Ucieczka. No wie pan – mrugnęła do niego porozumiewawczo – gdyby jednak przyszli pana zaaresztować. Ale wątpię w to. No, chyba że szukał pan kiedyś wąglika na tym, jak mu tam, dark łbie?

– A idź, wiedźmo! – Wrzasnął, chwytając pigułkę i z aktówką w ręku pędząc ku drzwi.

Kiedy wyszedł zerkała przez okno, by upewnić się, czy żaden policjancik udający cywila nie obserwuje jej zza krzaka, ale nikogo tam nie było. Tylko piłka dzieciaków sąsiadów wleciała w jej ogródek, a one za nią, więc musiała wylecieć do nich z grabiami i wrzaskiem na ustach; uciekały aż się kurzyło. Potem usiadła przy stole w kuchni, posłodziła (lub posoliła) herbatę i zaczęła obliczać, na ile nasion kwiatów z katalogu wysyłkowego będzie ją stać dzięki nowo zdobytym środkom. Pochłonięta kalkulowaniem niemal zapomniała o herbacie, która już prawie ostygła. Wzięła łyk, po czym wypluła go krztusząc się i wykrzywiając usta. Uśmiechnęła się, bo wszystko wróciło do normy.

„Jutro – zapisała na kartce, żeby pamięć nie spłatała jej psikusa – pójść na pocztę i skorzystać z ich telefonu, aby zamówić z katalogu 15 000 nasion orchidei”.

Kim pani jest?

  Ściany były dziwnie nijakiego koloru, za oknami nic nie było, ogółem wszystko wokół otoczone było niczym, co było o tyle dziwne, że trudno...